Kategoria: Kurs – relacje z wyjazdów

Slajdowisko 23. lutego – Fogarasze i Kazbek

comments Możliwość komentowania Slajdowisko 23. lutego – Fogarasze i Kazbek została wyłączona
Dodane przez , 15-02-2016 22:49

Kurs przewodnicki – jak się okazało, to nie tylko szkolenie, ale i niezapomniana przygoda, dzięki której można spotkać podobnie myślących ludzi, dla których góry to nie tylko pasja, ale i sposób na życie. Dzięki nawiązanym znajomościom i przyjaźniom pewne pomysły, które pojawiały się w niejednej głowie, zogniskowały się w konkretnych celach, dążeniach i ostatecznie pomysłach na wspólne wyprawy.

Podczas najbliższego slajdowiska będziemy mieli przyjemność opowiedzieć Wam o naszych przygodach, które rozegrały się w górach Rumunii podczas wrześniowej wyprawy uczestników kursu 2015/2016 oraz wyprawy na Kazbek “lada chwila Harnasi”, czyli ekipy z kursu 2014/2015.

Zapraszamy 23. lutego o godz. 17:30 do sali teatralnej w Mrowisku w Gliwicach.

FogKaz1

Wyślij znajomemu

„Przejścia kursu” cz. IV – rejon Pilska – wyjazd ratowniczy

comments Możliwość komentowania „Przejścia kursu” cz. IV – rejon Pilska – wyjazd ratowniczy została wyłączona
Dodane przez , 12-02-2016 19:25

Jakiś czas temu (a dokładnie w trakcie listopadowego wyjazdu kursowego) oddałam się zajmującej rozmowie z Kingą na temat wpływu kinematografii na życie współczesnego człowieka, empatii oraz generalnie tego, że jesteśmy (krótko mówiąc) podatne na wzruszenia. To wszystko w kontekście filmu animowanego „Odlot” oraz przejmującego losu jego bohaterów. Po przyjeździe do domu zamiast uczyć się z Grzegorzem przyrody (z której egzamin miał odbyć się trzy dni później), z premedytacją obejrzeliśmy dzieło Pixara pt. „W głowie się nie mieści”, do czego z kolei namawiał nas Mariusz z żoną… . W ramach tej konwencji oraz na fali mojego obecnego zafascynowania mądrościami Kubusia Puchatka (do którego lektury na pewno kiedyś powrócę i którą polecam wszystkim dorosłym, nawet jeśli już ją wcześniej czytali), postanowiłam opisać ostatni wyjazd kursowy z pomocą właśnie głównego bohatera tegoż utworu.

:arrow: INFORMACJE WPROWADZAJĄCE.
Jak wskazuje tytuł relacji, wyjazd poświęcony był tematyce RATOWNICTWA i odbył się u podnóża Pilska w dniu 23 stycznia 2016 roku. Trasa obejmowała pętelkę: Korbielów – Hala Szczawina – Hala Miziowa – Hala Górowa – Korbielów. Daje to około 10 km marszu. Może niewiele, ale zjazd moim zdaniem należy zaliczyć do intensywnych.

Uczestnikami zjazdu byli: Belfegor, Dorian, Bliźniaki (Mariusz i Dariusz), Michał, Kamil, Krzysiu, Asia, Mateusz, Grześ i ja (Kasia)

:arrow: CEL WYPRAWY.
„Bo Wypadek to dziwna rzecz. Nigdy go nie ma, dopóki się nie wydarzy” (Kłapouchy w rozmowie z Maleństwem i Prosiaczkiem [1])

Po wybudowaniu prowizorycznych noszy, na których umieszczony został poszkodowany (w tej roli: Dorian), Belfegor wskazał, że w prawdziwym życiu nie będziemy raczej przenosili rannego – najczęściej wezwiemy pomocy udzielając jedynie podstawowego wsparcia. Jaki był więc cel wyprawy? Moim zdaniem jej celem było pobudzenie naszej wyobraźni, wypracowanie odruchów, uwrażliwienie na sytuacje, w których ktoś potrzebuje pomocy, ale wcale o tym nie mówi. BO WYPADEK TO WŁAŚNIE TAKIE COŚ CZEGO TERAZ NIE MA, ALE KIEDY SIĘ ZDARZY, POWINNIŚMY UMIEĆ GO DOSTRZEC I ZAINTERWENIOWAĆ. ZAINTERWENIOWAĆ ZAŚ, TO NIE TYLKO ZADZIAŁAĆ, ALE ZADZIAŁAĆ DOBRZE.

:arrow: POSZCZEGÓLNE TEMATY OMAWIANE NA ZJEŹDZIE.

W trakcie zjazdu poruszone zostały różne kwestie, niektóre prozaiczne, ale warto było sobie o nich przypomnieć. Na przykład:

1) WZYWANIE POMOCY. „Lubię rozmawiać z Królikiem, bo Królik mówi wyraźnie o rzeczach wyraźnych. Nie używa przy tym długich i trudnych słów (…) tylko krótkich i łatwych, jak na przykład: „Już pora na śniadanie” lub: „Misiu, zjedz co…”” (Puchatek o Króliku [2]).

No właśnie. Wzywając pomocy NALEŻY ZACHOWYWAĆ SIĘ JAK KRÓLIK. Nieważne czy rozmawia się z samym poszkodowanym czy z dyspozytorem, który odbiera zgłoszenie o wypadku – zawsze winniśmy przekazywać jasne i dające się zrozumieć komunikaty: gdzie jesteśmy, kto uległ wypadkowi, na czym on polegał, kto dokonuje zgłoszenia, jakie czynności podejmuje itd.

2) POMOC POSZKODOWANEMU NAWET GDY O TO NIE PROSI „Puchatek czuł, że powinien powiedzieć Kłapouchemu coś pocieszającego, ale nie wiedział co. Więc zamiast tego postanowił uczynić coś pocieszającego” (dywagacje Puchatka – Kłapouchy zgubił ogon [3])

W trakcie podejścia na Halę Miziową przechodziliśmy koło narciarza, którego pokonało zbyt ostre podejście. Ciężko oddychał, praktycznie usiadł na stoku. Belfegor bez wahania podszedł do chłopaka i wypytał się, czy ten potrzebuje pomocy, jakie jest jego samopoczucie. Dopiero upewniwszy się, że wszystko jest w porządku poszedł dalej. NA WYCIECZCE ZWRACAJ UWAGĘ NA TO CO DZIEJE SIĘ DOOKOŁA – NIGDY NIE WIADOMO CZY KTOŚ NIE POTRZEBUJE POMOCY.

3) STUDIUM PRZYPADKU „Miałbym pewien pomysł – powiedział – ale nie myślę, żeby był bardzo dobry” (Puchatek o sposobach ratowania Kłapouchego [4])

W trakcie wycieczki Belfegor podawał nam przykłady różnych wypadków / zdarzeń. Nasze zadanie polegało zaś na podaniu propozycji rozwiązania. Jednym z poruszanych problemów było to, czy po znalezieniu poszkodowanego w mokrym ubraniu powinien on zostać przez nas przebrany w suche ciuchy. Rozpatrywaliśmy wszystkie za i przeciw (bardzo niska temperatura mogąca spowodować jeszcze większe wychłodzenie organizmu, przewidywany czas dotarcia ratowników i in.). A zatem PODEJMUJĄC DECYZJĘ O SPOSOBACH POMOCY NALEŻY WZIĄĆ POD UWAGĘ WSZYSTKIE WYSTĘPUJĄCE CZYNNIKI.

4) ZOSTAWIENIE ZAPASU ŻYWNOŚCI NA KONIEC WYCIECZKI. „Gdy noc zbierała się do odejścia, Puchatek obudził się nagle z uczuciem dziwnego przygnębienia. To uczucie dziwnego przygnębienia miewał już nieraz i wiedział, co ono oznacza. Był głodny.” (przemyślenia Puchatka [5])

W trakcie śniadania na Hali Miziowej Belfegor zwrócił uwagę na bardzo prozaiczną acz istotną rzecz. Nigdy nie wiadomo kiedy przyda się nasza czekolada. Warto ją zostawić na koniec. Jeśli nawet nie zużyjemy jej w warunkach awaryjnych i potrzeby nakarmienia nią poszkodowanego zawsze będziemy mogli skonsumować tabliczkę na koniec wycieczki nagradzając siebie za trud. Morał? POSZKODOWANY MOŻE BYĆ JAK KUBUŚ – GŁODNY I PRZYGNĘBIONY – JEŚLI BĘDZIESZ MIAŁ COŚ DO JEDZENIA BĘDZIESZ MÓGŁ MU POMÓC

5) ZBIOROWA REALIZACJA PRZEDSIĘWZIĘCIA „Nie łatwo jest być odważnym – odparł Prosiaczek, lekko pociągając noskiem – kiedy jest się tylko Bardzo Małym Zwierzątkiem. Królik, który z wielkim skupieniem zabierał się do pisania, podniósł łebek i powiedział: – Właśnie dlatego, że jesteś Bardzo Małym Zwierzątkiem, możesz się przydać w przedsięwzięciu, jakie mamy przed sobą” (Królik w rozmowie z Prosiaczkiem na temat planu porwania Maleństwa [6])

Trzon programu stanowiła oczywiście akcja ratunkowa. Sytuacja była nieco nietypowa jakoż poszkodowany najpierw budował nosze, a potem dowiedział się, że potrzebuje pomocy. No cóż, niezbadane są koleje losu. Jaka mądrość płynie z tej części szkolenia? A no taka, że każdy może się przydać. Nie ważne są jego „parametry”, zawsze można wziąć coś dodatkowego do plecaka, być dodatkową parą rąk do noszenia rannego, wspierać drużynę przy odnajdowaniu właściwej drogi, czy wpaść na genialny pomysł „sanko-noszy” – tak jak i my to uczyniliśmy. KAŻDY MA POTENCJAŁ ABY ZOSTAĆ BOHATEREM.

:arrow: PODSUMOWANIE.

Co jeszcze robiliśmy? Odbyliśmy PRZESZKOLENIE Z POSZUKIWANIA W LAWINACH. Na Hali Górowej przećwiczyliśmy procedurę PRZYGOTOWANIA LĄDOWISKA DLA HELIKOPTERA. Niestety nie udało nam się nam pogawędzić z Panami GOPR’owcami, jednakże Belfegor poopowiadał nam W SKRÓCIE O SPRZĘCIE RATOWNICZYM.

Wyjazd zaliczam do bardzo udanych.

:arrow: THE END.

PS. Dla chcących zgłębić kubusiowe złote myśli :mrgreen: cytaty nr 1, nr 2 i nr 4 pochodzą z „Chatka Puchatka” – Alan Alexander Milne, zaś nr 3, nr 5 i nr 6 z „Kubuś Puchatek” – Alan Alexander Milne (przekł. Irena Tuwim, wyd. Nasza Księgarnia)

Autorka: Kasia Paczkowska

Harnasie w Namaste – A B C Wietnamu…

comments Możliwość komentowania Harnasie w Namaste – A B C Wietnamu… została wyłączona
Dodane przez , 03-02-2016 20:40

W lutym zapraszamy Was na dwa slajdowiska:

„Harnasie w Namaste” – A B C Wietnamu, czyli jak udawać, że jest się backpackerem przez 3 tygodnie
10. lutego (środa!)
o godz. 19:00 w katowickim Klubie Podróżników Namaste Ola Ginter i Marta Stachurska podzielą się wspomnieniami z egzotycznej podróży:

Aby wyjazd do Wietnamu się udał, należy zabrać ze sobą:
– żołądkową gorzką
– nadmanganian potasu
– odstraszacz na komary
– sznurek i wieszaki (można też komuś zwinąć po drodze)
– zapas dolarów na puchówkę z fiorda nansena
– prawo jazdy na motor (dla odważnych – niekoniecznie)
– własne pałeczki
– wielki znak stopu do przechodzenia przez ulicę lub naprawdę niezłe ubezpieczenie
– dużo papieru toaletowego
Można też improwizować, albo przyjść i posłuchać o naszych doświadczeniach z niezapomnianej podróży.  Zapraszamy!

Dołącz do wydarzenia na Facebooku: https://www.facebook.com/events/1033423466719960/

 

Z kolei 23. lutego (wtorek) uczestnicy „starszego” i „młodszego” kursu opowiedzą o wyjazdach na Kazbek i w góry Rumunii.
Spotykamy się w sali teatralnej w Mrowisku o godz. 17:30.
Szczegóły niebawem.

„Przejścia kursu” cz. III: Beskid Mały – Wyjazd Mikołajkowy

comments Możliwość komentowania „Przejścia kursu” cz. III: Beskid Mały – Wyjazd Mikołajkowy została wyłączona
Dodane przez , 20-01-2016 21:03

Opowiem wam bajeczkę.

Albo nie. Jesteście za starzy na bajeczkę. Opowiem natomiast o tym, jak grupa młodych, pięknych ale pełnoletnich już (niestety!) ludzi może w Beskidzie Małym nadal odkrywać w sobie drzemiącego dzieciaka. Bo przecież zbliża się głęboka zima, warunki na ścieżkach lada moment zaczną się pogarszać, wiedzę o górach trzeba chłonąć czym prędzej, bo egzaminów czas! Co zatem można robić w górach? Oczywiście, że szukać Mikołaja. To w sumie nie dziwne, ponieważ weekend mikołajkowy to najlepszy ku temu moment. Nie trudno więc zabrać ciężkie plecaki i wyruszyć po raz kolejny w tereny niegdyś nieznane, chociaż z każdym krokiem lepiej okiełznane.

Continue reading '„Przejścia kursu” cz. III: Beskid Mały – Wyjazd Mikołajkowy'»

„Przejścia kursu” cz. II: Beskid Niski Sercu Bliski – czyli spełniając małe marzenia

comments Możliwość komentowania „Przejścia kursu” cz. II: Beskid Niski Sercu Bliski – czyli spełniając małe marzenia została wyłączona
Dodane przez , 05-01-2016 11:00

Nie od dziś wiadomo, że przysłowia niosą za sobą niejedną prawdę objawioną. Tym razem można sparafrazować „małe jest piękne” w kontekście niskości rzeczonego Beskidu. Wie o tym ten, kto choć na chwilę mógł posmakować jego magiczności. Beskid Niski miażdży każdym swym kawałkiem. Zarówno dosłownie jak i w przenośni. Zaskakuje swoim dostojeństwem, bogactwem historii. Krwawej historii. Przenika tajemniczością skrytych przez przyrodę cmentarzy, omamia wonią cerkiewnych kadzideł, koi niezmąconą harmonią pokrytych wielobarwnymi kwiatami polnych łąk.

11430095_964320040256557_5104810599502453546_n

Fot. Jan Pizoń

Continue reading '„Przejścia kursu” cz. II: Beskid Niski Sercu Bliski – czyli spełniając małe marzenia'»

„Przejścia kursu” cz. I: Półmetek inny niż zwykle – przejście kondycyjne 2015

comments Możliwość komentowania „Przejścia kursu” cz. I: Półmetek inny niż zwykle – przejście kondycyjne 2015 została wyłączona
Dodane przez , 08-12-2015 23:33

Są takie półmetki, podczas których nie schodzi się z parkietu. Baluje się do białego rana, a po zakończonej imprezie nóg się nie czuje przez dwa kolejne dni. Są i takie półmetki, kiedy nogi również bolą jeszcze długo po, ale impreza wcale nie ma finiszu nad ranem. Gdzie tam! Rano to dopiero początek. A końca nie widać. Zresztą i tak nie wiadomo, gdzie on jest.

Continue reading '„Przejścia kursu” cz. I: Półmetek inny niż zwykle – przejście kondycyjne 2015'»

Powakacyjna Pecha-Kucha

comments Możliwość komentowania Powakacyjna Pecha-Kucha została wyłączona
Dodane przez , 17-11-2015 17:35

W ostatni wtorek listopada (24.11) o godz. 17:30 zapraszamy na zebranie kołowe, podczas którego w Sali Konferencyjnej w gliwickim Mrowisku posłuchać będzie można wakacyjnych wspomnień wygłoszonych w formie Pecha Kucha:

1. Dolomity pieszo i na rowerze – Jacek Ginter
2. Czarnogóra – Krzysiek Krawiec
3. Rowerem nad Jeziorem Garda – Marta „Żaba” i Waldemar Kubiczek
4. Malta – Andrzej „Kajetan” Kowalski
5. Jesienna Korsyka – Asia Śliwa
6. Lato z Harnasiem: Wielka Fatra – Anna „Juzia” Juzwa
7. Autostopem po Norwegii – Paweł „Kleryk” Pękacz
8. „Mój rok na etacie” – Piotr „Metzger” Latusek
9. Wietnam lub… Cypr – Ola Ginter
10. Autostopem po Europie – Henryk „Żubr” Putz
11. Kazbek – Damian Nakonieczny

Do zobaczenia!

Blacho-, Narto- WANIE

Dodane przez , 03-05-2009 14:49

Kolejny piątek, kolejny wyjazd… Nie taki zwyczajny, gdyż kurs tym razem pojechał na narty. Nastroje jak przed każdym wyjazdem radosne, a chęci wielkie i jak przed każdym wyjazdem duża część tych chętnych rezygnuje. A było tak. Nietypowo, ponieważ tym razem z Gliwic pojechałem sam. W Katowicach czekał Huchel, z którym przypadkowo spotkałem jednego z czterech naszych kursowych Krzyśków (który tak de facto uciekł z pracy).

Razem wsiedliśmy do pociągu. A nie był to zwyczajny pociąg – był to pociąg, w którym działy się rzeczy wspaniałe i niebywałe. Jak zawsze poszliśmy na koniec pociągu. Wagon większo-bagażowy w większej części zajęty, w przedsionku miedzy wagonami ludzie, nikt jak na razie nie odważył się wejść do środka. Wszystko za sprawą dość oryginalnego i nietypowego towarzystwa siedzącego w przedziale bagażowym, ale o tym za chwilę. Odważny kurs nikogo się nie lęka, więc wchodzimy. W skrócie: w przedziale siedzą sobie mundurowi, dwóch SOKistów, dwóch żołnierzy ,jakaś straż graniczna plus teraz my. Jak na razie nic nie zapowiada tak wesołej atmosfery jaka się rozkręci.

Siadamy na plecakach, drzemiemy. W pewnym momencie odpoczynek przerywa nam ożywienie się towarzyszy podróży, głośniejsze rozmowy, śmichy, chichy. Początkowo nie reagujemy, próbujemy dalej spać. A tu kicha – nie pośpimy. Przegadali chyba wszystkie tematy zacząwszy od kobiet po buty i misje zbrojne w Czadzie i Somalii. Gdy skończyły się tematy zaczęła się delikatnie mówiąc jazda… Poszły w ruch dowcipy i czarny żołnierski humor. Kto miał styczność z wojskiem ten wie, kto nie to może sobie wyobrazić co to było. Kawały o soku z banana, śpiworze, ręcznej drezynie, babciach, Jasiach i Małgosiach. Więc, jako że nie byliśmy z nimi, nie wypadało się śmiać, bo gdybyśmy się zaczęli się głośno cieszyć wyszło by na to, że podsłuchujemy. Każdy z nas cieszył w duchu i po cichu, z rogalem na twarzy. Widok Huchla próbującego się nie śmiać – bezcenny.

Wraz z całą wesołą i radosną pociągową kompanią dojechaliśmy do Bielska. W Bielsku bus i w pół godziny byliśmy pod dolną stacją kolejki na Szyndzielnię. Teraz tylko pełne napięcia oczekiwanie na Macieja. Zdąży? Czy może trzeba będzie iść piechotą na górę (co ze sprzętem nie jest najprzyjemniejszą rzeczą)? Ale nasz kierownik kolejny raz nas nie zawiódł i zjawił się w ostatnich minutach przed odjazdem kolejki . W schronisku każdy zarezerwował sobie skrawek podłogi. Jak ktoś dobrze stwierdził: No, idioci, rozkładają się na ziemi a łóżka wolne. Jemy. Potem chmielowy napój i refleksje nad życiem i ciężką dolą kursanta. Nagle telefon, że moglibyśmy wyjść naprzeciw i poratować ekipę dochodzącą, która z różnych względów nie mogła zdążyć na ostatni wjazd. Niestety okazało się, że poradzili sobie bez nas i minęliśmy się gdzieś.

Następnego dnia nartujemy. Potem do schroniska i czekamy co będzie dalej. SKPG niczym sekta przyjmuje ludzi w swoje szeregi w lesie przy tajemnym ognisku. Dało się słyszeć głosy, że: Bez względu na wszystko wychodzimy o 19”. A Harnasie i tak wyszli standardowo po czasie. Powrócili po dwóch godzinach. Potem impreza i oryginalne zaprezentowanie się nowoblachowanych. A jak wiadomo na końcu miały być torty, do których nie wszyscy dotrwali (niech żałują!). Ja po tortach poszedłem odsypiać zeszły tydzień i nie wiem co działo się dalej a podobno działo się dużo. Rano niektórzy po dwóch godzinach snu i wcale nie małej porcji napojów wyskokowych poszli na narty. Podsumowując – nie było źle. Wszyscy, no prawie wszyscy, dotarli na imprezę. Ci którzy nie dotarli, po przejściach związanych z dużą ilością białego puchu, postanowili wspomóc producentów rakiet zakupując takowe.

blachowanieSzef kursu na dechach

Wisła i Trójwieś kursanckim okiem

Dodane przez , 20-04-2009 21:10

Wisła i Trójwieś kursanckim okiem – czyli jak to było i dlaczego 18-19.04.2009

To była piękna sobota. Tylko zaczęła się zbyt wcześnie rano.

Spotkaliśmy się wszyscy w Wiśle na Placu B. Hoffa pod budynkiem Muzeum Beskidzkiego, czyli dawną karczmą. Wtedy też musiało być tu fajnie, może mniej edukacyjnie, ale dałoby się spędzić tu kilka miłych chwil nad zimnym piwem w ciężkim glinianym kuflu i solidną porcją baraniej pieczeni. Rozmarzyłem się. Przepraszam. W Muzeum powitała nas Pani Małgorzata Kiereś, która przy kawie czy herbacie przedstawiła nam, jak wyglądało życie ludzi na terenach Beskidu Śląskiego w dawnych czasach, opowiadała o sałasznikach i innych ciekawostkach etnograficznych regionu. Tak spędziliśmy pierwsze godziny tego wyjazdu kursowego.

Kolejnym punktem obowiązkowym był Zameczek Prezydencki w Wiśle Czarne. Pani Przewodnik Zameczkowa przywitała nas w holu hotelu mieszczącego się w Dolnym Zameczku. Pierwszym co rzuciło się w oczy był cennik – niebagatelna cena za nocleg 200zł, ale podobno dają śniadanie gratis. Niektórzy spędzili chwile błogiego rozluźnienia w hotelowej toalecie (złote klamki, perłowa deska sedesowa i inne luksusowe elementy wyposażenia i wystroju).
[Tu w opowieści pojawia się Maestro z rodziną]

Następnie poszliśmy do Zameczku Właściwego, gdzie już nic fajnego nie było (chociaż niektórym się podobało i twierdzili że mogliby tam zamieszkać). Najciekawsza z tego wszystkiego była kaplica drewniana obok Zameczku.
[Tu z opowieści znika Maestro z rodziną]

Po obcowaniu z Majestatem Wyższym i architekturą dwudziestolecia międzywojennego przejechaliśmy na przełęcz Kubalonkę. Odwiedziliśmy bar w kształcie obudowanej chatką beczki, Wojewódzki Ośrodek Chorób Płuc Dzieci i Młodzieży oraz kościółek przeniesiony tu z Przyszowic koło Gliwic (niestety tylko z zewnątrz, gdyż jakaś szczęśliwa para uszczęśliwiała się tam jeszcze bardziej biorąc ślub). I dalej w drogę…

…która doprowadziła nasze Mechaniczne Rosynanty pod kościół pw. Dobrego Pasterza w centrum Istebnej. To był już wieczór. Kolacja, snucie planów (jakże ambitnych – ponad 20 kilometrów pieszo) na dzień następny i słodki sen w apartamentach PTSMu „Zaolzianka” o apartamentach hotelu „Zameczek”.

Niedziela. Niedziela zaczęła się jeszcze wcześniej niż sobota. Kurs cierpiał na bezsenność religijną i poszedł na 7:30 do kościoła na Mlaskawkę, mnie, skromnego kronikarza, autora tej relacji, zostawiając ze składnikami śniadaniowymi i zleceniem zrobienia najważniejszego posiłku dnia. Wrócili. Śniadania nie było. Już nie było. Ich strata. No dobra… trochę im zostawiłem, świnią nie będąc.

Po śniadaniu nastąpiły niesamowite roszady samochodowe (dwa auta pojadą tam, kolejne dwa tu, jeden wróci, ten zabierze tych stąd, a wy idźcie pieszo!). Sposobami znanymi tylko kursantom spotkaliśmy się bez strat własnych w Chacie Kawuloka na kolejnej porcji etnografii, okraszonej muzyką sałaszniczą (solówka Krzysia Roczniaka na trombicie – bezcenne). Magiczną mocą znaleźliśmy się pod Ochodzitą, a mocą własnych nóg nawet na jej szczycie (magiczna moc tam już nie dociera).

P   A   N   O   R   A   M   K   A.   D   Ł   U   G   A        P   A    N   O   R   A   M   K   A.
O   D          P   I   L   S   K   A        D   O          P   I   L   S   K   A.

Przejście przez przełęcz Rupienkę i przysiółki Wierch Czadeczka i Zapasieki, doliną Czadeczki i bezdrożami Słowacji do Trójstyku i Jaworzynki Trzycatka (jak widać ambitne plany się skróciły) gdzie skończyła się nasza autokarówka samochodowa i podziękowawszy Juzi za nadzór inwestorski nad grupą rozjechaliśmy się każdy w swoją stronę.

Rumcajs

trojwiesBaaaaaaaaaardzo długa panoramka z Ochodzitej

Szkolenie ratownicze

Dodane przez , 24-02-2009 01:05

Wyjazd rozpoczął się nietypowo – dotransportowaniem się naszego miłego kursu samochodami około godziny 11 do  Domu Turysty PTTK „Hanka” w Zawoi. Przez niektórych  wystrój naszego miejsca noclegowego został określony jako „pokomunistyczne bezguście”, typowe dla podobnych obiektów. Łóżeczka bądź mięciutkie materace z pościelą na antresolach zostały nam zapewnione nam przez Kierownictwo, wraz ze sporą ilością łazienek z (b.)ciepłą wodą (;)) i/lub wrzątkiem na wszelkiego rodzaju zalewajki.

Po przekąszeniu tradycyjnego wspólnego posiłku wyruszyliśmy przecierać szlaki terenu uprawnień. Tym razem naszym celem miała być Przełęcz Jałowiecka oraz nauka torowania w śniegu :), która dana nam była im wyżej tym bardziej intensywnie i inwazyjnie dla naszych biednych i zmęczonych mięśni i głów, które się łamały ile tej drogi jeszcze przed nami i czy faktycznie maksyma Ambrożego z kondycyjnego nie ma pewnej dozy prawdopodobieństwa. Trzeba przyznać, iż torowanie to sztuka trudna, męcząca i wybitnie uciążliwa szczególne dla torującej osoby :) Łagodziło jednak nasze samopoczucie piękno otaczającego zimowego krajobrazu i niesamowity błękit nieba. Pogoda była słoneczna, bez świeżego opadu śniegu; trzymał lekki mrozik. W niższych partiach śnieg sięgał nam po kolana, u góry hm… po moje pachy :) Powrót tą samą, utorowaną przez nas ścieżką, bywał urozmaicany wpadaniem z premedytacją w jego głębsze i nieprzedeptane warstwy, np. z „pomnika przyrody” będącego wystającym korzeniem. Podsumowując – bawiły się „dzieciaki” na  śniegu :)

Po powrocie (już porą ciemną) czekała na nas perspektywa zjedzenia posiłku, który dla większości z nas miał postać kiełbasek, 1 ¾ ciastka oraz co kto tam miał to znosił do jadalni. Oczekiwaliśmy pana Goprowca i jego wykładu, lecz niestety czynniki niezależne zdecydowały za nas i całość szkolenia ratowniczego odbyła się następnego dnia na Markowych Szczawinach i przełęczy Brona. Tymczasem resztę wieczoru spędziliśmy dobrze bawiąc się w swoim towarzystwie: grając w zapewnione nam przez Agatę i Jarka „Prawo dżungli”, „Wypas”, „Owieczki”(?), „Hodowlę” itp. oraz konwersując.
Następnego dnia brutalna pobudka o 7, śniadanko i wymarsz na Markowe Szczawiny, gdzie znaleźliśmy się przed południem. Na miejscu czekał nasz wykładowca – Goprowiec, który w bardzo sympatyczny i przystępny sposób prezentował nam środki do transportu poszkodowanych: wózek alpejski, deska kanadyjska, akia, deska ortopedyczna, materac próżniowy itp. Oczywiście, przypinaliśmy się i nosiliśmy nawzajem :). Mieliśmy też okazję posłuchać opowieści o metodach ratowania oraz zwiedzić dyżurkę i zobaczyć wszystkie sprzęty Goprowców, którzy oprócz defibrylatorów, butli z tlenem i radia posiadają również telewizor, mikrofalówkę, ciepełko i mięciutkie łóżeczka 😛 Lekko zmarznięci ciągłym staniem na 10 stopniowym mrozie w końcu wyruszyliśmy na przełęcz Brona, aby tam odbyć część praktyczną szkolenia. Pod nawisem śnieżnym odbyliśmy krótkie szkolenie lawinowe, tzn. rozpoznawanie rodzaju śniegu, badanie jego konsystencji, aby w razie czego móc ocenić warunki podczas zimowego chodzenia po górach. Oczywiście godzina stania wychładza, więc ratowaliśmy się tak jak zawsze gorącą herbatką z termosów i kanapkami kursowej roboty. Pan Goprowiec przygotował dla nas super atrakcje, które rozgrzały nas lepiej niż herbata, czy inne specjały, przerywając jedyną tego dnia panoramkę na samej przełęczy (słowo JEDYNA wężykiem, w ramkę, i nad łóżko – niemożliwe prawda :P), a był to zjazd w KLUCZU FRANCUSKIM (przyznam się publicznie – pierwsze skojarzenie pognało do szafki z narzędziami ojca ;)). Zaczęło się od mocowania liny na łopacie turystycznej, oczywiście zaklinowanej w dołku, a później na grzybku wydrążonym w śniegu, który kształtem nie przypomniał niczego konkretnego ale wytrzymał wszystkie zjazdy.  No i wreszcie nadszedł czas próby – zjazd na linie. Mimo, że większość pierwszy raz i z lekkim stresem, wszyscy poradzili sobie znakomicie, a na końcu liny każdy lądował z bananem na twarzy. W międzyczasie i później nastąpiły spontanicznie zainicjowane dupozjazdy – rewelacja! Pan Goprowiec zaplanował dla nas (za) dużo, więc niestety nie przetestowaliśmy tajemniczego sprzętu dźwiganego przez Krasnala w czerwonym worku i innych ciekawostek. Nikt nie wie co to było ;( Na sam koniec mieliśmy za zadanie znieść na dół poszkodowanych na środkach transportu tworzonych z tego, co na nas i przy sobie – full improwization. Jedna grupa znosiła Adasia zasłabniętego – chłopaki (sztuk 3) użyli do tego jabłuszka, plecaka, pętli i ślizgali go w dół. Druga grupa, liczniejsza, opatrywała ranną Węgierkę (śliwkę:P) z złamanym podudziem – rola w wykonaniu Natalii. Użyto 2 plecaków, kilku sznurków, szalików, innych wiązaczy oraz karimaty. Pan Goprowiec i Maciek pochwalili co było do pochwalenia, skarcili co było do skarcenia i tak zakończyła się nasza przygoda z ratownictwem w rejonie Babiogórskiego Parku Narodowego. Podziękowaliśmy i pożegnaliśmy się pięknie z Panem Goprowcem. Zeszliśmy na dół bardzo szybciutko i dopakowując do plecaków zostawione w „Hance” rzeczy, powoli wg określonych składów samochodowych podążyliśmy spokojnie do naszych domów.

Bogusia Śpiewak

ap1070237Ćwiczenia z transportu poszkodowanego



Zapraszamy na kurs przewodników beskidzkich osoby zamieszkujące miasta regionu: Gliwice, Katowice, Zabrze, Bytom, Tarnowskie Góry, Ruda Śląska, Sosnowiec, Rybnik, Żory, Chorzów, Świętochłowice, Siemianowice Śląskie, Mysłowice, Mikołów, Piekary Śląskie, Czeladź, Będzin, Dąbrowa Górnicza, Wodzisław Śląski, Jastrzębie Zdrój, Knurów, Tychy, Jaworzno.