Jak postanowiłam zostać superbohaterem

Dwa lata to 24 miesiące, 730 dni, 17520 godzin, 1051200 minut lub jak kto woli 63072000 sekund. Z jednej strony dużo, ale punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, bądź jak to zwykł mawiać jeden z naszych kursowych kolegów „wszystko jest kwestią znaków umownych”. Zebrać do kupy to wszystko, co się wydarzyło jest niezwykle ciężko. Opisanie tego graniczy z cudem. Niemniej jednak podejmuję wyzwanie. Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że jest to podsumowanie całkowicie subiektywne.

Fot. Bartek Łyczba

Wszystko zaczęło się pewnego marcowego popołudnia na wydziale budownictwa. Pierwsze wykłady, pierwsze wyjazdy i jakoś ta maszynka zwana „Kursem Przewodnickim 2015/2016” ruszyła do przodu. Wciągała jak narkotyk. Po każdym wyjeździe chciało się więcej, więcej i więcej. Więcej gór, więcej przygód, więcej wędrówek, więcej spotkań z ludźmi… W zasadzie można by tak długo wyliczać.

Niestety życie kursanta nie jest usłane różami. Nikt na wykładzie inauguracyjnym nie założył nam na nosy różowych okularów. W ciągu tak długiego okresu czasu zdarzają się chwile słabości i jest zupełnie normalne. W moim przypadku takich momentów, kiedy chciałam wszystko rzucić w cholerę, było kilka. Na szczęście wytrwałam do końca.

Fot. Jan Pizoń

Odkąd pamiętam zawsze chciałam być przewodnikiem. Marzenie małej dziewczynki o czerwonej pelerynie „superbohatera” pchnęło mnie do tego, żeby pojawić się na kursie. Początkowo trochę niepewnie, a później z coraz większą śmiałością chłonęłam to wszystko, co mnie otaczało. Wykład inauguracyjny był moim pierwszym zetknięciem z Kołem. Wcześniej w zasadzie nie wiedziałam o jego istnieniu. Gdyby nie plakat, który wpadł mi w oczy na wydziale… Aż strach pomyśleć. Pamiętam jak siedziałam na budownictwie, a w głowie kołatała tylko jedna myśl – „co ja tu właściwie robię?”. Na pierwszych wyjazdach nie było dużo lepiej. Ja – osoba, która kontakt z innymi ludźmi zawsze ograniczała do minimum – pojechałam w góry z 30 osobową grupą! Wcześniej to było zupełnie nie do pomyślenia.

Fot. Jan Pizoń

Z początkowego okresu kursu niewiele pamiętam. Wykłady, wyjazdy, poznawanie ludzi, którzy pojawiali się i znikali równie szybko jak się pojawiali. Zdecydowanie łatwiej jest mi przypomnieć sobie miejsca, w których byliśmy oraz trasy którymi szliśmy niż ludzi, którzy na te wyjazdy jeździli. Później, gdy ukształtowała się ta właściwa grupa kursowa było już zupełnie inaczej. Lepiej. Z tego okresu pamiętam żelki. W zasadzie dużo żelek. Nie było wyjazdu, na którym nie mielibyśmy żelek. Zarówno tych tradycyjnych misiowych, jak i kwiatków, robaków i innych nosorożców. Już na samym początku staliśmy się „żelkowym kursem” i chyba do końca tak zostało. Nawet teraz, już po kursie, pierwszą rzeczą, jaką wkładam do koszyka w sklepie są żelki – no bo przecież bez żelek w górach ani rusz.

Wyjazdy bywały różne. Nie ma się co czarować. Jedne były udane, drugie trochę mniej. Do jednych dużo częściej wraca się we wspomnieniach i rozmowach, a na inne spuszcza zasłonę milczenia. Czynników, które na to wpływały było tak dużo, że chyba nie starczyłoby mi miejsca i czasu na wymienienie wszystkich. Często niestety decydowała pogoda – nawet jeśli kierownik zagwarantował słońce, to Matka Natura i tak miała to w głębokim poważaniu i robiła po swojemu.

Fot. Dariusz Paździorek

Już na starcie kursu postawiłam sobie jasny cel: wymarzony i wyśniony już w dzieciństwie, magiczny, czerwony polar. Jest w nim coś takiego, co przyciąga. Choć w trakcie kursu priorytety się nie zmieniły, to na pewno zmienił się sposób spojrzenia na wszystko wokół. Zaryzykuje stwierdzenie, że kurs zmienia ludzi. Nie wiem czy na lepsze, czy na gorsze. To każdy musi ocenić indywidualnie. Nie ulega jednak wątpliwości, że przez te dwa lata człowiek jest w stanie dowiedzieć się o sobie samym sporo nowego. Pewne cechy charakteru, które miał przed kursem popadają w zapomnienie, a inne wręcz przeciwnie – pojawiają się lub stają się bardziej wyraziste.

Fot. Iza Dyrlaga

Z kursem nieodłącznie wiąże się też jeszcze jedna rzecz. Pomijając góry, dla których większość przychodzi na kurs, oraz ogromny zastrzyk wiedzy, który kursantom aplikowany jest w trakcie trwania kursu, nie można zapomnieć o ludziach wokół. Bardzo ciężko jest „z ulicy” wejść w czyjeś buty, w zamknięte, powiedziałabym nawet hermetyczne środowisko. Dlatego uważam, że wszelkie próby porównywania kursów są bezsensowne, a niektóre uwagi, niezależnie, czy docierały do nas „pocztą pantoflową” czy też osobiście były niesprawiedliwe. W trakcie kursu bardzo długo towarzyszyło mi poczucie, że tutaj nie pasuję, że skończę kurs i to by było na tyle. W pewnym momencie coś się jednak zmieniło. Obecnie nie wyobrażam sobie świąt, w których chociaż jednego dnia nie spędziłabym na „naszym” Zagroniu.

Fot. Michał Kulanek

Wspomnieć należy jeszcze jeden element, który nieodłącznie będzie kojarzył mi się z naszym Kursem – wspólne gotowanie. Swojego rodzaju tradycja, która zaczęła się od krótkiej wymiany zdań mojej i Jaśka poważnie wstrząsnęła kampusem Politechniki Śląskiej. Kuchnia w „Piaście” już dawno nie widziała takiego tłumu. Wspólne lepienie pierogów jest naprawdę fajne – polecam wszystkim gorąco. Działa trochę jak terapia grupowa. A jeszcze fajniejsze jest ich wspólne konsumowanie.

Czerwona peleryna superbohatera, którą wymarzyłam sobie w dzieciństwie, teraz w zasadzie jest już moja. Dotarcie do tego etapu kosztowało mnie i każdego z blachowanych bardzo dużo wysiłku. Niemniej uważam, i mam nadzieje, że pozostała trójka się ze mną zgodzi, że gra była warta świeczki.

Iza Dyrlaga – blacha SKPG Harnasie nr 400, absolwentka Kursu Przewodnickiego 2015/2016, Szefowa Kursu Przewodnickiego 2017/2018



Zapraszamy na kurs przewodników beskidzkich osoby zamieszkujące miasta regionu: Gliwice, Katowice, Zabrze, Bytom, Tarnowskie Góry, Ruda Śląska, Sosnowiec, Rybnik, Żory, Chorzów, Świętochłowice, Siemianowice Śląskie, Mysłowice, Mikołów, Piekary Śląskie, Czeladź, Będzin, Dąbrowa Górnicza, Wodzisław Śląski, Jastrzębie Zdrój, Knurów, Tychy, Jaworzno.